6-9.08.2025, twierdza Josefov, Jaromer
Dwudziesta ósma edycja BRUTAL ASSAULT to już nie przelewki. To dowód, że impreza zdobyła uznanie wśród fanów z całego świata. Fakt, że w tym roku karnety wyprzedały się około miesiąc przed rozpoczęciem, tylko potwierdza, że metal w szerokim tego słowa znaczeniu i w każdej swojej odmianie ma się bardzo dobrze. Na pewno pomógł fakt, że organizatorzy w tym roku postawili na sporo gwiazd z najwyższej półki, bo tak spokojnie można nazwać GOJIRA, DIMMU BORGIR, OPETH czy MASTODON. Na pewno znajdą się tacy, którzy głównie na te kapele przyjechali, ale nie oznacza to, że ten festiwal i jego sukces opiera się tylko na tej bardziej „komercyjnej” części składu zespołów. Kto chciał zobaczyć mniej oczywiste zespoły, według mnie, każdego dnia miał do tego sporo okazji. Impreza tradycyjnie zaczęła się już we wtorek, kiedy to, na rozgrzewkę przed głównymi wydarzeniami, na średniej scenie zwanej Obscure zagrali m. in. FUNERAL, CARNIVORE A.D. czy MACABRE.
Środa – pierwszy dzień
Na wtorkową rozgrzewkę nie planowałem jednak przyjeżdżać. Oficjalny start równo w południe też logistycznie nie był realny do złapania. Jednak, nie darowałbym sobie, gdyby nie udało się dotrzeć na RIVERS OF NIHIL. Bardzo lubię tą kapelę, a ich poprzednia płyta „The Work” oczarowała mnie swoją muzyczną wyobraźnią. Tegoroczna płyta nazwana po prostu „Rivers Of Nihil” nie ustępuje swojej poprzedniczce i dalej drąży ambitne ścieżki muzycznej wszechstronności. Najnowszy album był zatem daniem głównym koncertu, ponieważ wszystkie numery poleciały właśnie z niego, za wyjątkiem kończącego utworu. Panowie zaczęli od skocznego „The Sub-Orbital Blues”, czyli jednego z typowych przykładów ich niesztampowego podejścia do komponowania. Goście są wizjonerami nowoczesnej muzyki ekstremalnej, a że nie każdemu się to spodoba to już inna kwestia. Ja muszę przyznać, że miałem pewne obawy jak te ich połamańce zabrzmią na żywo i niestety trochę się potwierdziły. Na płytach wszystko się zgadza, a na żywo nawałnica podwójnej stopy nierzadko zagłuszała całą resztę, w tym smaczki takie jak żywy saksofon. To raczej było spowodowane specyfiką festiwalową i brzmieniem ustawionym na szybko. W każdym razie zespół zebrał dość dużą publikę pod sceną i nie raz zainspirował do dość odważnych harców. Swój krótki koncert zakończyli „Where Owls Know My Name”, czyli jedynakiem niepochodzącym z nowej płyty. Mi osobiście brakowało czegoś ze wspomnianej „The Work”, na czele z genialnym „The Void From Which No Sound Escapes” – utworu definicji ich stylu. Będzie zatem motywacja, aby zobaczyć ich jeszcze kiedyś na żywo na ich własnym koncercie, kiedy to mam nadzieję zabrzmią znacznie lepiej.

Po występie amerykanów, ruszyłem na jedną z głównych scen – Marshall (druga to Sea Shepherd), aby pooglądać DARK ANGEL. Kapela wraca do stałej aktywności i z gotowym do wydania nowym albumem „Extinction Level Event”, który będzie ich pierwszym po ponad 30-letniej przerwie. Z zapowiadanej nowości poleciał właśnie utwór tytułowy, który to został zadedykowany zmarłemu dwa lata temu gitarzyście Jimowi Durkinowi. Poza nim i otwierającym „Time Does Not Heal”, zespół zagrał cały debiutancki album „Darkness Descends”, który dalej niszczy wszystko na swojej drodze swoją żywiołowością. To, że jest to thrash metalowy klasyk wie pewnie każdy znawca gatunku, ale sama zawartość muzyczna nie gwarantuje dobrego koncertu. Widać było, że zespół jest dobrze zgrany i w świetnej formie. Wszyscy członkowie na froncie śmigali po scenie non stop zamieniając się miejscami, a prym w ekspresyjnym zachowaniu wiódł wokalista Ron Rinehart. Gość potrafił zaangażować publikę do coraz większego ruchu pod sceną, co więcej, w pewnym momencie nawet poszedł głęboko w tłum, aby podkręcić tempo jeszcze bardziej. Oczywiście, warto też wspomnieć człowieka-maszynę, czyli niezniszczalnego Gena Hoglana, który napędzał całą kapelę swoimi precyzyjnymi uderzeniami.
Równo z zakończeniem, na scenie Obscure zaczął SIGH. Wcześniej znałem ich praktycznie tylko z nazwy, ale przed festiwalem poznałem muzykę awangardowych Japończyków nieco bardziej i teraz już wiem, że na tym koncercie się nie skończy. Kapela gra ciekawą miksturę z dużą ilością różnorodnych wpływów. Muzycy wyszli na scenę w swoich narodowych strojach, z makijażami na twarzach oraz z bogatym instrumentarium. Po obu stronach wokalisty stały też dwie młode dziewczynki: jedna z dodatkowym bongosem i naturalną werwą, aby brać czyny udział w koncercie, druga sprawiała wrażenie onieśmielonej, stała więc głównie nieruchomo i obserwowała to co się dzieje na scenie oraz pod nią. Koncert był bardzo żywiołowy i ekspresyjny, szczególnie za sprawą wokalistki, której wszędzie było pełno, bo poza śpiewem i growlem, grała też na saksofonie i zrobiła najwięcej kilometrów na scenie. Kto lubi oryginalny black metal, ten powinien sprawdzić tą kapelę i na pewno się nie zawiedzie.

Po koncercie Japończyków i przerwie na jedzonko poszedłem zająć dobrą miejscówkę na koncert MASTODON i przy okazji pooglądałem końcówkę występu DYING FETUS, którzy pozamiatali swoim gruchoczącym kości death metalem na scenie obok. Znam ich słabo, ale koncert dali konkretny, co było widać po entuzjastycznym przyjęciu publiczności. MASTODON to kapela, którą uwielbiam od lat i to zarówno w wersji z pierwszych płyt jak i w odsłonie bardziej progresywnej. Nie, nie zgadzam się, że źle zrobili wplatając do swojej muzy tak dużo melodii i bardziej przystępnych motywów. To zespół, który z każdego etapu swojej twórczości prezentowanego na żywo generuje niesamowite pokłady mocy. Nawet jeśli jest to podlane melodiami, na przykład jak w zagranych tego wieczoru „Motherload”, czy „Steambreather”, między chwytliwymi zwrotkami i refrenami zespół zawsze przemyci riffy, które porywają charakterystycznym ciężkim brzmieniem z ich opatentowanym znakiem jakości. MASTODON ma w swojej dyskografii już sporo albumów, więc muzycy nie mają pewnie łatwego wyboru utworów na setlistę. Można jednak spokojnie powiedzieć, że z każdego etapu działalności poleciała godna reprezentacja. Były numery zarówno z pierwszych płyt, aż do ostatniej „Hushed And Grim” z której poleciał genialny „More Than I Could Chew” oraz nawiązujący mocno do wczesnych wydawnictw „Pushing The Tides”. Całość koncertu zakończyli tradycyjnie „Blood And Thunder” i, co nie dziwi, coverem BLACK SABBATH „Supernaut”, który miesiąc wcześniej zagrali na pożegnalnym koncercie czwórki z Birmingham. Piękny był to koncert, który spokojnie zaliczam do grona najlepszych na całej imprezie.
Fanem MINISTRY nigdy nie byłem, więc z góry wiedziałem, że odpuszczam ich koncert i pędem lecę na najmniejszą scenę Octagon, aby zobaczyć RUÏM – zespół Rune Eriksena, gitarzysty m.in. AURA NOIR, VLTIMAS oraz projektu BLOOD FIRE DEATH, który to zagrał dzień później. Ta scena była położona na dziedzińcu w środku fortu i ma dość ograniczone miejsce dla fanów, stąd gdy kapela ma większe wzięcie jest to niemały problem logistyczny dla zebranych ludzi. Byłem tam na kilku koncertach i gdzie bym nie stał wnerwiało mnie to, że wiecznie ktoś gdzieś się przeciskał, a że za każdym razem ludzi było sporo, nie dało się stanąć tak, aby nie być ofiarą tego wiecznego przechodzenia ludzi tam i z powrotem. Szkoda, ale taka jest specyfika tej sceny, a na terenie twierdzy nie ma pewnie dla niej lepszej lokalizacji – gdyby była, organizatorzy pewnie by to już wymyślili po tylu latach… Wracając do koncertu – Rune wydał pod szyldem RUÏM debiutancki album dwa lata temu i nagrał na niego wokale oraz wszystkie instrumenty oprócz bębnów. Muzyka to bezkompromisowy black metal, ale z dużą dozą klimatycznych momentów, które ciekawie ze sobą kontrastują. Rune ma swój charakterystyczny sposób riffowania i to słychać na tej płycie dość wyraźnie. Muzyka spodobała mi się praktycznie od pierwszego przesłuchania, także wiedziałem, że warto tą kapelę zobaczyć na żywo i się nie zawiodłem. Mistrz ceremonii wszedł na scenę w czarnym płaszczu, pod osłoną dymu oraz w świetle palących się pochodni, co z racji nocnej pory robiło świetne wrażenie. Brzmienie mogłoby być bardziej selektywne, ale tragedii nie było.
Pod koniec koncertu musiałem się już zwinąć, ponieważ następny w kolejce był KERRY KING na głównej scenie. MINISTRY kończyło swój set na Marshallu, a ja zająłem miejscówkę blisko sceny Sea Shepherd po stronie Phila Demmela. Nie widziałem ich jeszcze na żywo, ale oczywiście wiedziałem czego mogę się spodziewać. Płyta „From Hell I Rise” weszła mi bezproblemowo, więc liczyłem na dobrą thrash metalową ucztę, wzbogaconą klasykami SLAYER. Nieśmiertelne hity były także i dla mnie ważną częścią koncertu, jednak gdyby nawet ich nie zagrali i tak zaliczyłbym ten koncert do udanych. Sposób w jaki Ci goście grają na żywo zasługuje na najwyższe noty. Pierwsze skrzypce w sterowaniu publiką gra niezmordowany wokalista DEATH ANGEL – Mark Osegueda, który na płycie Kerry’ego zabrzmiał jeszcze bardziej zadziornie niż w macierzystej formacji. Gość na żywo wcale nie stracił na sile swojego głosu, wręcz przeciwnie wypluwał kolejne wersy z ogromnym zaangażowaniem, co wraz z energicznym ruchem scenicznym wszystkich jego kompanów sprawiło, że kapela miała niesamowite przyjęcie publiki. Widać było wyraźnie, że po ponad roku wspólnego grania są już świetnie zgrani i bawią się przy tym w najlepsze. Na początek koncertu poleciały zabójcze „Where I Reign” oraz „Rage” i publika była już kupiona. Po kilku następnych numerach z debiutu, panowie zagrali „Repentless” SLAYER, a nieco później „Disciple”, który totalnie pozamiatał swoją siłą rażenia. W sumie poleciała prawie cała nowa płyta i dobrze, że to jest sedno jego koncertów, a nie odcinanie kuponów od swojej przeszłości. Nowa muzyka Kerry’ego się spokojnie broni, a że podobieństwo stylistyczne jest bardzo duże, nie było żadną niespodzianką. W przypadku tego gościa nikt raczej nie spodziewał się odkrywania Ameryki na nowo. Oczywiście pod sam koniec zagrali hicior w postaci ”Raining Blood” i doklejony do niego ”Black Magic”. Po nich, na zakończenie poleciał jeszcze tytułowy „From Hell I Rise” i zespół pożegnał się z przemieloną publicznością.

Na koniec poszedłem jeszcze na scenę Obscure, aby po raz pierwszy i pewnie ostatni zobaczyć żegnający się ze sceną ORANGE GOBLIN po równo trzydziestu latach istnienia. Pozytywnie zaskoczyła mnie werwa z jaką muzycy prezentują się na żywo. Fakt, że utwory takie jak: „Scorpionica”, „The Filthy & The Few”, „(Not) Rocket Science”, czy „The Devil’s Whip” nie pozwalają na stanie nieruchomo w miejscu, także zarówno na scenie jak i pod nią wszyscy gibali się w rytm granych dźwięków. Wokalista Ben Ward nie pozwolił zresztą, aby ktokolwiek odpuścił i non stop zachęcał do aktywnego udziału. Kapela ciekawie łączy stoner-owe brzmienie z energią klasycznego metalu i masą blues-rockowych zagrywek. To jest tego typu muzyka, która wchodzi od pierwszego przesłuchania, więc myślę że zespół na pewno zyskał nowych fanów, szkoda tylko, że może nie być już szansy na zobaczenie ich ponownie…
Czwartek – drugi dzień
Koncerty tego dnia zacząłem dość wcześnie, ponieważ zależało mi na obejrzeniu nowego wcielenia Aarona Stainthorpe’a z MY DYING BRIDE. Uwielbiam jego rodzimą kapelę i mocno zabolał mnie fakt, że panowie się (chwilowo??) rozstali i to tuż po wydaniu świetnej płyty „A Mortal Binding”. Co więcej, rok temu mieli być jedną z głównych gwiazd Brutala… Gdyby nie fakt, że Aaron śpiewa teraz w HIGH PARASIRE, bo o nich mowa, pewnie w ogóle bym na ten zespól nie zwrócił uwagi, ale przyznaję, że spodobali mi się zarówno na płycie jak i tego dnia na żywo. Zagrali żywiołowo i na luzie, co więcej, brzmieniowo bardziej naturalnie niż na albumie. Już od pierwszego zagranego „Parasite” było przebojowo, skocznie, ale z odpowiednim uderzeniem gitar i bębnów. Aaron umiejętnie skomponował swoje partie wokalne, które wpadają w ucho, ale jak wchodzi jego growl to za każdym razem przekonuję się, że dalej ma to coś w swoim głosie. Patrząc na niego spod samej sceny widać było, że mocno angażuje się w swoją rolę w tym zespole i że wygląda na szczęśliwego. No cóż, takie prawo artysty, aby spełniać się w tym co się robi. Chciał mieć odskocznię od zespołu, któremu poświęcił kilka dekad życia i tak też się stało, a sam HIGH PARASITE z tego co widzę, sporo koncertuje, znacznie więcej niż MDB. Co mogę polecić z ich występu? Singlowy i niesamowicie chwytliwy „Wasn’t Human” oraz ostrzejsze „Cold” ze świetnie kontrastującymi wokalami Aarona i basisty. Niestety nie zagrali „My Syndrome”, a bardzo na niego liczyłem. Ten utwór, moim zdaniem, pasowałby na płytę „34,788% … Complete” MY DYING BRIDE, która była właśnie mocno eksperymentalna i z dużą dozą elektroniki oraz pokręconych wokali. Liczę, że jeśli HIGH PARASITE dalej będzie nagrywać to pójdą właśnie w tą stronę, a tym którzy zwątpili w Aarona po jego decyzji, niech posłuchają właśnie tego numeru na zachętę.

GREEN LUNG wystąpił następny na scenie obok, a po nich na Marshall wkroczyli amerykanie z NILE, aby w świetle słońca zmiażdżyć wszystkich entuzjastów technicznego death metalu. Niestety mieli jakieś dziwne brzmienie i bez względu na to czy stałem na początku dość daleko, a później podszedłem bliżej, gitary przesadnie charczały. Jakoś trzeba było to przeżyć i cieszyć się tym co było, w końcu nigdy wcześniej ich nie widziałem. Na początek poleciały dwa numery z ostatniej płyty „The Underworld Awaits Us All”, a po nich przekrój twórczości (m.in. Sacrophagus, Sacrifice Unto Sebek i Vile Nilotic Rites) z kończącym całość „Black Seeds Of Vengeance”. Było szybko, technicznie i brutalnie, a wszystko to podlane odpowiednią dozą ciężaru, którego ten zespół nie unika…
Kolejny koncert potraktowałem jako festiwalową ciekawostkę, bo inaczej występu GUTALAX nazwać nie mogę. Kto nie zna, niech sprawdzi, a kto zna, ten wie czego można się po nich spodziewać. Zespół pochodzący z Czech wypracował sobie formułę, której się trzyma i jak widać działa to na ich korzyść coraz lepiej, bo robią się coraz popularniejsi. Z tego co widziałem, ściągają pod scenę coraz większe tłumy, a szał pod sceną jest jedyny w swoim rodzaju. Niezliczona ilość dmuchanych elementów, kilometry papieru toaletowego, nieodłączny element w postaci pływającego na rękach publiki toy-toya oraz wokal, który przypomina chrumkającą świnię…
Pod koniec występu Czechów poszedłem na scenę Obscure zobaczyć coś zupełnie z innej beczki, czyli REZN. Zespół okazał się ciekawą odskocznią od metalowych wyziewów, ponieważ ich muzyka to rozmarzony, psychodeliczny post rock/metal z dość ciężkimi momentami. Wokalista używa efektu, który rozmywa jego głos co dodaje ich muzyce tajemniczości i klimatu. Poznałem ich przed festiwalem tylko symbolicznie, aby sprawdzić, czy w ogóle chcę ich zobaczyć i okazało się, że warto było iść na drugi koniec fortu na ich występ. Po nim poszedłem z powrotem na główną scenę, aby zaliczyć kolejny w tym dniu łomot w postaci SUFFOCATION. Osobiście bliżej mi do NILE, a przed samym festiwalem nie zdążyłem też, aby poznać tych brutali choć trochę lepiej. W każdym razie, koncert konkretny, niesamowicie intensywny i ze zdecydowanie lepszym brzmieniem niż NILE.

Po kilku kawałkach poszedłem wrzucić coś do brzucha, ponieważ nadchodził już czas na długi maraton koncertowy, który miał potrwać już do samego końca tego dnia. Na początku scena Octagon i CRYTP SERMON, kapela ze Stanów, którą poznałem przed festiwalem. Ich muzyka to zagrany z polotem doom metal w stylu wczesnych płyt CANDLEMASS, z dużą dozą zmian tempa i porywających solówek. Tak, niektóre numery mogłyby się znaleźć na „Nightfall” lub „Tales Of Creation” szwedzkich legend gatunku, ale mi to nie przeszkadza. Muzyka jest na tyle porywająca, że słuchałem jej z dużą przyjemnością zarówno w wersji studyjnej jak i na żywo, tym bardziej, że brzmieli lepiej niż RUÏM dzień wcześniej. Wokalista mówił, że są na europejskiej ziemi po raz pierwszy, więc życzę im, aby na tym się nie skończyło, bo na pewno znajdą tu swoich entuzjastów.
Kolejny w rozpisce był LEPROUS, których znam od wczesnych płyt „Tall Poppy Syndrome” oraz „Bilateral” i po cichu liczyłem na coś z tych albumów wiedząc, że zdarza im się czasem zagrać coś z tych kapitalnych wydawnictw. Liczyłem na to tym bardziej, że byli jednak na typowo metalowym festiwalu, a te płyty w jakimś stopniu pod ten gatunek podchodzą nieco bardziej niż nowsze wydawnictwa. Mają więcej muzycznej spontaniczności, surowiej brzmiących gitar i takiej organicznej energii. No coż… nie zagrali, ale skład setlisty miał jednak drugorzędne znaczenie, ponieważ czego by ten zespół nie zagrał, wiedziałem, że mi się spodoba. Pomimo, że mam sentyment do starszych albumów, nowsze też są świetne, a ich wykonanie na żywo tylko wzmacnia pozytywny odbiór ich specyficznej muzyki. Goście wykonują ją z dużą werwą i charakterystycznym ruchem scenicznym. Wszyscy czterej na froncie miotają się non stop po scenie, zderzają nawzajem, a wszystko to zgodnie z połamanymi rytmami ich pokręconej muzyki. Bas i bębny grają w niej bardzo ważną rolę, a sam bębniarz i jego wirtuozeria zasługuje na oddzielny paragraf. Z zagranych utworów na pewno na uwagę zasługuje hipnotyczny z początku „Like A Sunken Ship”, który w połowie przeradza się w rytmiczną i super ciężką drugą część. Słabość mam do przebojowego „From The Flame”, który na pewno rozruszał nawet takich co LEPROUS nie znali. Na szczególną uwagę zasługuje też „Slave”, czyli rozbudowany, wielowarstwowy oraz niesamowicie emocjonalny utwór, który powoli się rozkręca wzorowo budując narastające napięcie, które w odpowiednim momencie eksploduje. Niesamowity utwór, który powoduje ciarki na całych plecach.

Z bólem serca, ale OBITUARY na scenie obok posłuchałem tylko w otwierającym „Redneck Stomp” oraz „Threatening Skies”, które wystarczyły, aby na środku płyty zrobił się spory młyn. Widziałem ich niecały rok temu na pożegnalnym koncercie SEPULTURY, więc odpuściłem, aby zobaczyć po raz pierwszy WAYFARER. Black metalowcy ze Stanów Zjednoczonych prezentują swoją interpretację tego gatunku ze sporą domieszką wpływów muzyki rodem z filmów o dzikim zachodzie. Kapelę poznałem w momencie, gdy wydali swój ostatni album pt. „American Gothic”, który oczarował mnie swoim klimatem i pomysłowością. Siłą rzeczy na żywo poleciało najwięcej utworów z tego właśnie albumu i większości nie były to utwory krótkie, tylko rozbudowane, wielowątkowe kompozycje z ciekawymi zmianami tempa. Ciekawym pomysłem jest też dialog basisty i gitarzysty, którzy dzielą się wokalami mniej więcej po równo i choć mają podobną barwę, wprowadzają dodatkowy dynamizm do ich scenicznej prezencji. Kto nie zna, bardzo polecam choćby otwierający ostatnią płytę „The Thousand Tombs Of Western Promise”, czy pochodzący z poprzedniej płyty „The Iron Horse (Gallow Frontier, Act II)”. Było też zwolnienie w postaci przepięknego „False Constelation”. Na początku ostatniego utworu, aby nie iść z największym tłumem, zmyłem się ze sceny Octagon na Sea Sheperd na gwiazdę tamtego wieczoru – GOJIRA.
Francuzi niewątpliwie wdarli się na szczyty swojej popularności i tak też się zaprezentowali, odróżniając się od reszty choćby rozbudowaną sceną z obejściem dookoła perkusji, które było oświetlone bardzo mocnymi światłami. Jeśli chodzi o set listę to zagrali taki „the best of” tyle, że z pominięciem pierwszych dwóch płyt, ale dla mnie osobistym plusem były aż trzy utwory z albumu, od którego zaczęła się moja przygoda z nimi, czyli „From Mars To Sirius”. Na pewno nie byłem jedyny w gronie zadowolonych słysząc oprócz oczywistego „Flying Whales” również dwa inne, równie miażdżące numery, czyli „Backbone” oraz „From The Sky”. Ta płyta również i dla muzyków ma zapewne szczególne znaczenie, bo przyniosła im pewien pierwszy przełom, a to za sprawą dopracowania na niej swojego unikalnego stylu, który potem rozwijali na kolejnych wydawnictwach. Faktem jest, że wraz ze wzrostem popularności nie „łagodnieją” i na żywo niszczą wszystko na swojej drodze. Brzmieniowo też było świetnie, a wrażenia wzmacniały też wybuchy ognia i wyrzucone wstążki podczas olimpijskiego hitu „Mea Culpa”. Oczywiście były też spokojniejsze momenty, na przykład zaśpiewany wraz z publiką „The Chant”, czy „Another World”, które dały nieco zasłużonego wytchnienia i wprowadziły fajny klimacik. Wokalista Joe był bardzo rozmowny, często zapowiadał kolejne numery i kilka razy dziękował za fakt, że regularnie mogą tu przyjeżdżać. Koncert zakończyli w nieco refleksyjnym tonie utworem „The Gift Of Guilt”.

BLOOD FIRE DEATH wystąpili następni, na scenie obok i jest to grupa złożona ze skandynawskich muzyków, którzy zebrali się, aby oddać hołd zmarłemu 20 lat temu Quorthonowi, liderowi BATHORY. Główny trzon koncertowy stanowią Ivar – gitarzysta ENSLAVED, wspomniany wcześniej Rune z RUÏM i VLTIMAS na drugiej gitarze, basista Apollyon z AURA NOIR oraz perkusista Faust z DJEVEL. Wokalistów przez cały koncert było kilku i tak na początku wystąpił Gaahl znany ze swojego zespołu GAAHLS WYRD oraz z TRELLDOM, który wykonał „A Fine Day To Die”. Zazwyczaj co utwór albo maksymalnie dwa na scenę wchodził kolejny wokalista lub mikrofon przejmował basista Apollyon, który wystąpił w „Possessed” i „Shores In Flames”. Poza nimi w „Born For Burning” pojawił się jeszcze Atilla z MAYHEM, Grutle z ENSLAVED zaprezentował „Raise The Dead” oraz „Call From The Grave”, a kilka innych Erik z WATAIN. Dzięki temu było ciekawie i różnorodnie, ponieważ każdy ma swój styl oraz prezencję sceniczną. Scena miała swój klimat dzięki palącym się pochodniom, zakapturzonym chórzystom stojącym nieco z boku oraz ogromnej okładce płyty „Blood Fire Death” powieszonej za zespołem.
FEAR FACTORY był ostatnim zespołem na scenach głównych i miał to być koncert specjalny, bo poświęcony płycie „Demanufacture”, która w tym roku obchodzi swoje trzydzieste urodziny. Dzięki temu nie miałem wątpliwości, czy zostawać, ponieważ w latach 90-tych ta płyta zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Było to coś nowego w tego typu muzyce i do dziś mam do niej sentyment. Kolejną płytę „Obsolete” znam też bardzo dobrze, ale ostatnich dokonań już niekoniecznie i jakoś mnie do nich nie ciągnie. Po przesłuchaniu dowolnego nowego numeru mam wrażenie zjadania przez zespół swojego własnego ogona, ale sentyment do ich płyty numer dwa został i na koncercie tylko się w tym utwierdziłem. Numery takie jak „Self Biased Resistor”, „Replica”, a w sumie to praktycznie cała płyta naładowana jest chwytliwymi i równocześnie potężnymi kompozycjami z przemyślaną strukturą oraz świetnymi partiami wokalnymi. Tak, ówczesny gardłowy miał na siebie pomysł i oprócz konkretnego growlu, jego melodyjne partie miały w sobie to coś co sprawiało, że chciało się ich słuchać w koło. Zespół zabrzmiał naprawdę świetnie, a obecny wokalista Milo dawał radę z partiami swojego uznanego poprzednika. Dino Cezares, tak jak i wielu innych muzyków, nawiązał do niedawnej śmierci Ozzy’ego i ku jego pamięci zadedykował kończący płytę „A Therapy For Pain”. Poprosił też wszystkich zebranych o zapalenie latarek w telefonach co przy przygaszonych światłach na scenie dodało utworowi niezwykłego klimatu. Dodatkowo zagrali jeszcze „Linchpin” oraz superenergetyczny „Shock” i ładnie pożegnali się z publicznością, a ja udałem się na zasłużony odpoczynek. Koledzy zostali jeszcze, aby zobaczyć naszych rodaków z FURII i jedyne czego żałowali to tego, że musieli się zmyć przed końcem, aby zdążyć na ostatni transport do naszej lokalizacji. Zespół Nihila jak zwykle pokazał klasę i zaprezentował swoją wersję black metalu.
Piątek – trzeci dzień
Kolejny dzień rozpocząłem od legendy hiszpańskiego death metalu – AVULSED, której od początku, lideruje niezmordowany wokalista Dave Rotten. Trzeba przyznać, że gość jest bardzo szczery w tym co robi i nie wygląda na rutyniarza w swoim fachu. Praktycznie co utwór zagadywał publiczność, równocześnie dziękując za przybycie i wsparcie dla jego zespołu. Brzmienie jego growlu jest solidne, jak trzeba potrafi je też zróżnicować do różnych krzyków. Muzyka AVULSED to klasyczny death metal, któremu brzmieniowo bliżej do szwedzkiej niż amerykańskiej odmiany. Fanom gatunku na pewno wejdzie od pierwszego przesłuchania.
Po Hiszpanach poszedłem na scenę Obscure, aby zobaczyć doom metalowy MONOLORD, w którzy to po powitaniu przyznali się, że chwilę wcześniej dopiero dojechali na festiwal i weszli na scenę praktycznie z marszu od razu po przyjeździe. Zagrali poprawnie, zachowując wszystkie standardowe elementy klasycznego stylu – ciężkie gitary, niespieszne tempo i oszczędna perkusja. Co ciekawe, obecnie występuje teraz nimi, na drugiej gitarze, Per Wiberg, czyli gość, który przez lata grał na klawiszach w OPETH, a później w CANDLEMASS, czy TIAMAT. Znałem ich tylko pobieżnie, więc na żywo nie kojarzyłem wszystkiego. Ten, który od razu wpadł mi w ucho od razu to “Empress Rising” – długi utwór, zmuszający do tradycyjnego gibania i bardzo charakterystyczny dla ich stylu. Podoba mi się takie granie.

Według zapowiedzi organizatorów, PRONG miał skupić się na płycie „Cleansing” z lat 90-tych. Grupa miała jednak inny pomysł i zagrała przekrojowy koncert. Ze wspomnianej płyty na pewno poleciały „Whose Fist Is It Anyway?”, „Broken Peace” i kończący występ „Snap Your Fingers, Snap Your Bone”. Był też jeden reprezentant ostatniej płyty pt. „State Of Emergency” w postaci thrashowego „The Descent” oraz kilka innych numerów, bo albumów dyskografii mają sporo. Zespół świetnie zabrzmiał, lider Tommy Victor cały czas się uśmiechał do publiczności i czarował na swojej gitarze swoimi chwytliwymi riffami. PRONG to prostota, która trafi do wszystkich entuzjastów energetycznego metalowego grania.
Powrót na scenę Obscure i koncert na który poszedłem bez znajomości choćby jednego utworu – MANTAR. Przyznaję się do błędu, że nie poznałem ich wcześniej, bo są tego warci. Kapela jest z Niemiec, skład jej tworzy tylko dwóch gości – bębniarz i śpiewający gitarzysta. Goście grają bardzo ciekawą muzykę, która robi niemałe wrażenie na żywo. Bardzo ciężkie, doom/sludge’owe brzmienie przemieszane z punkową ekspresją i dynamiką, a nad wszystkim unosi się black metalowa aura. Mieszanka wybuchowa, ale paradoksalnie nawet dla nieznającego ich twórczość miało to sens. Polecam.
ASPHYX przedstawiać pewnie nie muszę, bo to klasycy death metalu. Zespół zebrał sporą publikę pod sceną Marshall i rozruszał ją już od pierwszego utworu „Vermin”, który nie zostawił złudzeń co będzie się działo przez następne pięćdziesiąt minut. Holandia ma swoich mocnych przedstawicieli śmiercionośnej muzyki i ASPHYX zdecydowanie znajduje się w czołówce stawki. Brzmieniowo było dobrze, wokalista Martin zdzierał gardło, a basista i gitarzysta śmigali po scenie zachęcając ludzi do większego szaleństwa. Setlista była bardzo przekrojowa i tak oprócz kilku reprezentantów ostatniej płyty „Necroceros” dostaliśmy szlagiery w postaci „The Rack”, „Death The Brutal Way”, „Asphyx (Forgotten War)” i kończący, niezwykle ciężki „Last One On Earth”.

Organizatorzy postanowili oddzielić dwie death metalowe legendy i tak przed Szwedami z GRAVE, na scenie obok pojawił się OVERKILL. Thrash metal miał w tym roku niezłą reprezentację na festiwalu i Amerykanie byli jednymi z tych, którzy nie zawiedli liczną publikę. Z ostatniej płyty „Scorched” poleciały singlowe „The Surgeon” oraz utwór tytułowy, który rozpoczął cały koncert. Poza nimi i kapitalnym „Ironbound”, reszta utworów to były ich standardowe klasyki z lat 80-tych jak „Rotten To The Core”, „Hello From The Gutter”, czy „Elimination”. OVERKILL zawsze słynął z żywiołowych koncertów i choć Bobby nie śmiga po scenie już tak jak wcześniej, to muzyka nie straciła na swojej wysokooktanowej energii. Sam wokalista, pomimo przekroczonej już dobrą chwilę temu sześćdziesiątki, daje radę wyciągać te swoje wysokie rejestry, instrumentaliści są świetnie zgrani, więc cały zespół to dobrze naoliwiona thrash metalowa maszyna. Czym zakończyli swój występ? Bez zaskoczeń, tradycyjnie coverem „Fuck You” i obserwując las środkowych palców wycelowanych z publiczności, zeszli ze sceny.
Po standardowej pięciominutowej przerwie Szwedzi z GRAVE zaprezentowali swoje old schoolowe brzmienie i numery z pierwszych trzech płyt. Młyn pod sceną był całkiem spory, a buzie fanów zadowolone, w końcu zespół wrócił po latach milczenia i to w składzie z tamtych właśnie czasów. Ja pooglądałem ich przez jakieś 20 minut i poszedłem się posilić, ponieważ potem miałem w planach GAEREA na scenie Obscure. Portugalczycy konsekwentnie idą swoją ścieżką ekstremalnego black metalu z domieszką czegoś co sprawia, że słucha się ich z wypiekami na twarzy. Klimat, który tworzą w swoich kompozycjach jest jedyny w swoim rodzaju, dlatego też chciałem ich wreszcie zobaczyć na żywo, aby sprawdzić, czy da się tą aurę przenieść na scenę. Odpowiedź jest oczywiście twierdząca. W trakcie ich koncertu powoli zapadał zmrok, co razem z dynamicznymi światłami i całym morzem dymu robiło świetne wrażenie. Podziwiam członków zespołu, że potrafią utrzymać taką intensywność mając całkowicie zasłoniętą głowę, nie mówiąc już o graniu na instrumentach. Pierwszoplanową postacią był oczywiście wokalista, który non stop wykonywał swoje akrobacje.

Black metal był w zdecydowanej większości tego wieczoru, ponieważ kolejny koncert to MAYHEM na scenie Marshall. Norwedzy hucznie świętują swoje 40-te urodziny objeżdżając świat ze swoim rocznicowym setem jeszcze od zeszłego roku. Pomysł na to mają niezły, bo powinien zadowolić większość ich fanów. Mianowicie, grają chronologiczny przekrój swojej twórczości od najnowszej płyty aż do swoich początków. Na początek, z dużego telebimu, poleciały urywki domowych nagrań i zdjęć z zespołowego archiwum przeplatane wypowiedziami muzyków, a po nim zaczęło się od „Malum” z ich ostatniej płyty. Gdy zespół miał zagrać coś z kolejnego albumu, wtedy fragmenty puszczanych wypowiedzi oraz fotki dotyczyły danego okresu grupy i tak po kolei lecieli wstecz po jednym utworze z każdego wydawnictwa, aż do najstarszych „De Mysteriis…” i „Deathcrush”. Oba pierwsze albumy grupy miały po trzech reprezentantów i one zamknęły cały ich występ. Jak było? Głośno, mrocznie, tajemniczo, ale i ekstremalnie, bo taki ten zespół jest przede wszystkim. Było też jeszcze sporo z teatru, ponieważ Atilla to oprócz opętanego głosu, jest też w pewnym sensie aktorem, który podczas ich koncertu wciela się w stworzone przez siebie role.

Niby z tego samego kraju i gatunku muzycznego, ale jak odmienni muzycznie – DIMMU BORGIR, bo o nich mowa, zagrali po swoich krajanach na scenie obok. Zaczęli od utworu, który lata temu musiał zszokować metalową brać, mianowicie „Puritania”. Później było trochę nowego i trochę starego. Setlista była raczej wyważona i zachowała balans między nowszymi, a pierwszymi wydawnictwami. Niestety nie doczekałem się niczego więcej z mojej ulubionej płyty „Puritanical Euphoric Misanthropia”, z której pochodził wspomniany utwór otwierający koncert. Jeśli o mnie chodzi mogli go sobie darować, a w zamian zagrać cokolwiek innego, byle było z tej płyty. Poza tym nie czepiam się doboru utworów. Brzmienie też było w porządku, a nowy gitarzysta, który zastąpił Galdera dawał radę w jego solówkach. Stałem zresztą dość blisko niego i nie wyglądał na stremowanego. Była przygotowana scenografia, wszyscy muzycy stawili się w obowiązkowych strojach, a przy „Council Of Wolves And Snakes” po obu stronach perkusji paliły się pochodnie ustawione na wysokich słupach. Sam utwór też świetnie wypadł dzięki sprytnie skomponowanymi zwolnieniami i przyspieszeniami. Jedyne co pozostawiło we mnie duży niesmak to długość ich koncertu, ponieważ według rozpiski festiwalowej mieli grać aż godzinę i dwadzieścia minut, a po równo godzinie zaczęli się już żegnać z publicznością. Liczyłem, że choć zagrali już na koniec „Mourning Palace”, to jednak wrócą na jakiś bis, a tu nic… Jakby nie patrzeć, goście byli główną gwiazdą tego wieczoru – trudno to skomentować inaczej jak czysta olewka, ponieważ nie chce mi się wierzyć, że organizator podał im zły przedział czasowy…
Świetnym za to pomysłem było ustawienie CULT OF LUNA jako ostatnich na głównej scenie. To muzyka idealnie pasująca do późnej pory. Panowie potrafią zrobić niesamowity klimat, przy równoczesnym wgniataniu słuchaczy w ziemię ciężarem swojego brzmienia. Jak ktoś lubi post metal to a pewno się nie zawiódł.
Sobota – dzień czwarty
EXHORDER to kolejna kapela, której nigdy wcześniej nie widziałem i bardzo zależało mi na tym, aby nadrobić ten fakt. Panowie wydali w zeszłym roku świetny album „Defectum Omnium”, z której poleciały „Fear And Beyond Despair”, „Year Of The Goat” oraz mniej oczywisty „The Tale Of Unspoken Mind”. Niestety thrash metalowcy mieli zaledwie 40 minut, więc co się rozpędzili, to już musieli kończyć pochodzącym z ich debiutu „Desecrator”. Brzmienie mieli bardzo dobre, więc chciało by się więcej, tym bardziej, że kapitalnie się zaprezentowali. Zagrali bardzo energicznie z odpowiednim luzem i instrumentalnym polotem. Nieco później w planach była BRUJERIA, których pobieżnie znałem wcześniej, ale dopiero przed festiwalem posłuchałem ich coś więcej. Hiszpańskiego nigdy się nie uczyłem, więc nawet nie próbowałem zapamiętać nazw poszczególnych numerów. Mikstura death metalu i grindcore, którą prezentują jest względnie łatwo przyswajalna, a już tym bardziej na żywo widząc żywiołowo reagującą publikę, której było coraz więcej. Wokalista w jednym z zapowiedzi wspomniał dwóch oryginalnych członków zespołu – Pinche Peach i Juana Brujo, którzy zmarli w tamtym roku w niedługim odstępie czasu. Wielkim fanem tej kapeli nie będę, ale na pewno warto było ich zobaczyć.

Po kilkuminutowej przerwie, na scenie obok zaczął UNLEASHED i od razu to co się rzuciło w uszy to bardzo kiepsko brzmiące gitary, albo wręcz ich brak. Liczyłem, że to kwestia jednego utworu, może dwóch i dźwiękowiec ustawi wszystko tak jak trzeba, ale wielkiej poprawy nie było słychać – dalej brzmienie było płaskie i totalnie bez uderzenia. Na scenie grają czołowi przedstawiciele szwedzkiego death metalu, a z głośników zamiast nawałnicy decybeli, wychodzą jakieś popłuczyny, które marnie imitują gitary. Szkoda, bo „hitów” było sporo – „Lead Us Into War”, „Hammer Batalion”, czy „Into Glory Ride”. Przed końcem poszedłem za to coś się posilić, aby zdążyć przed kolejną kapelą na dużej scenie, a było to HARAKIRI FROM THE SKY. Mam pewien problem z tą kapelą – muzycznie bardzo mi się podobają, ale do dziś nie mogę się przekonać do wokalu na ich płytach. Wolałbym gdyby był niższy, bardziej growlujący, a nie krzyczący. Z jakiegoś powodu taka ekspresja nie pasuje mi tam zupełnie, a czasami wręcz drażni. Niestety, na żywo miałem te same odczucia, choć zespół jako całość wypadł fenomenalnie. Wszystkim członkom (włącznie z wokalistą) nie jednak można odmówić zaangażowania, bo grali jakby to był ich ostatni koncert w życiu. Ich muza, choć ma w sobie dużo melodii i melancholii, jest w dużej mierze bardzo szybka i intensywna. Pomimo tego, wszystkie te ich smaczki w tle było dość wyraźnie słychać, a to w przypadku tej kapeli było bardzo ważne. Cieszę się, że ich zobaczyłem, będę próbował dalej, może kiedyś przekonam się w pełni do tego zespołu.

Kolejny był KATAKLYSM, na tej samej scenie co wcześniej UNLEASHED, i okazało się, że wszystko wróciło do normy. Na szczęście Kanadyjczycy zabrzmieli już tak jak trzeba i zaprezentowali death metalową ucztę, w której zgodnie z zapowiedzią, tematem przewodnim był ich album „In The Arms Of Devastation”. Zagrali go w kolejności jak na płycie, a gdy już ją przemielili do końca, to zostało im jeszcze czasu na kilka dodatkowych numerów, w tym nowy singiel „The Rabbit Hole” oraz kończący koncert „The Black Sheep”. Panowie mają swój styl, który odznacza się specyficzną motoryką, potężnym brzmieniem oraz świetnym wokalem i choć już nieco się powtarzają to są porządną marką w ekstremalnym graniu. Znowu przeskok na scenę obok na której zapanować miał zupełnie inny gatunek – AGNOSTIC FRONT. Moje nogi czuły już te wszystkie godziny na stojąco oraz przebyte kilometry i domagały się przerwy. Nie jestem wielkim fanem hardcore, stąd poszedłem coś zjeść i nabrać sił na wielki finał ostatniego dnia. Amerykanie w międzyczasie wywiązali się ze swojego zadania i zrobili niezłą zadymę pod sceną. OPETH był dla mnie głównym punktem programu dzisiejszego dnia, stąd wykorzystałem moment zejścia ze sceny AGNOSTIC FRONT, aby dopchać się jak najbliżej. Niestety najtwardsi zawodnicy mocno trzymali pierwszy rząd, więc musiałem zadowolić się następnym, ale dobre i to. Została mi zatem nieco ponad godzina stania i czekania na gwiazdę wieczoru, podczas gdy na scenie obok grał progresywny KARNIVOOL. Ciężko ich ocenić widząc bardziej publikę niż sam zespół, nie mówiąc już o brzmieniu, które z racji mojej pozycji było mocno wypaczone. Dlatego też, nie podejmuję się oceny ich występu.
OPETH jest marką samą w sobie, od początku lat 90-tych wytyczają nowe ścieżki łącząc ekstremalne bieguny muzycznej ekspresji. Co chwilę zaskakują ciekawymi rozwiązaniami i stylistycznymi zwrotami akcji. Ostatnia płyta „The Last Will And Testament” wyszła niecały rok temu, zatem z niej poleciały aż trzy utwory/części o numerach: jeden, trzy oraz siedem. Poza tym usłyszeliśmy tylko (!) pięć kompozycji, ale nie ma się co dziwić, ponieważ najkrótsza z nich to „In My Time Of Need”, która ma ponad pięć minut. „Balladkowy rodzynek” z płyty „Damnation” został chóralnie odśpiewany w refrenie przez publiczność bez udziału Mikaela i sprawił, że wszyscy zebrani mogli na moment zapomnieć na jakim festiwalu się znajdują. Każdy z pozostałych numerów miał już w okolicach dziesięciu minut i są to progresywno-metalowe kolosy, które robią ogromne wrażenie na żywo. Każdy jest na swój sposób wyjątkowy – „Ghost Of Perdition”, „The Leper Affinity”, „Master’s Apprentices” oraz kończący całość „Deliverance”. Mikael, jak to ma w zwyczaju, rozgadywał się między utworami na różne tematy, najczęściej z charakterystyczną dla siebie ironią i kąśliwym humorem. Jest to też niewątpliwie nieodłączny element ich koncertów. Cały zespół zagrał bezbłędnie, na luzie i ze świetnym brzmieniem. Było to dla mnie spektakularne zakończenie festiwalu i jeden z najlepszych koncertów z całych czterech dni. Co prawda na deser zostały jeszcze THE HALO EFFECT oraz DARK FUNERAL, ale ja już byłem na tyle spełniony i zarazem zmęczony, że pooglądałem tylko tych pierwszych i to do połowy, a potem już zakończyłem tegoroczną edycję BRUTAL ASSAULT.

Jak była? Pod kątem organizacyjnym bardzo dobra. Jedzenia było jak zwykle bardzo dużo co sprawiało, że kolejek praktycznie nie widywałem. Idea płatności bezgotówkowych przy pomocy czipa na bransoletce jest świetna i bezproblemowa – dzięki temu oczywiście przyspiesza się czas płacenia oraz również skraca kolejki. Dzięki połączeniu tego z aplikacją festiwalową można kontrolować swoje wydatki mając wgląd w historię zakupów. Koncerty były świetnie rozplanowane z zaledwie pojedynczymi przypadkami spóźnień, czy ewidentnych problemów z dźwiękiem. Skład robił ogromne wrażenie i dla mnie osobiście (i subiektywnie) był wręcz przepakowany interesującymi kapelami. Z tego powodu byłem zmuszony dokonywać nieraz trudnych wyborów kogo w danej chwili zobaczyć. Stąd ominęły mnie między innymi koncerty THE KOVENTANT, FURIA, OBSCURE SPHINX, OBITUARY, PARADISE LOST, FLESHGOD APOCALYPSE, ABSU, czy BETWEEN THE BURIED AND ME. Wolę jednak mieć taki problem, niż mieć za dużo wolnego czasu i nic ciekawego do oglądania. Doceniam też, że organizatorzy co roku zapraszają sporo kapel, które tu jeszcze nie występowały i są dość często mało znane szerszej publiczności, a zadecydowanie warte uwagi. Sam odkryłem ich sporo, a gdyby nie obecność na festiwalu pewnie prędko bym do nich nie dotarł. Za rok już edycja numer 29, a za dwa okrągła rocznica, także zapowiada się ciekawie!
